FacebookTwitter

Jazz trzeba pokochać!

By on Paź 2, 2015 | 0 comments

Share On GoogleShare On FacebookShare On Twitter

W nowojorskim Kurierze Plus oraz portalu Greenpoint.pl pojawił się obszerny wywiad z Mateuszem Smoczyńskim – “Jazz trzeba pokochać”. Rozmowa dotyczyła głównie sytuacji w polskim oraz amerykańskim jazzie. W artykule znalazło się również sporo informacji na temat aktualnych zobowiązań i przyszłych planów muzycznych!

Jak odkrył pan w sobie talent muzyczny? Kiedy to się zaczęło?

Pochodzę z muzycznej rodziny. Podobno już nawet pradziadek grał na puzonie w orkiestrze wojskowej, a dziadek uwiódł babcię swoją grą na mandolinie. Moja mama była wokalistką klasyczną oraz nauczycielką muzyki. Razem z tatą stworzyli dziecięcy zespół ludowy “Nieporęcak”. Wujek jest wiolonczelistą i profesorem na Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Z takimi tradycjami rodzice musieli mnie wysłać do szkoły muzycznej.

Początki jednak nie były łatwe. Najpierw po jednej prywatnej lekcji fortepianu tak się przestraszyłem nauczyciela, że postanowiłem zmienić instrument na skrzypce. Później kilkukrotnie nie dostałem się do wymarzonej szkoły, bo nie wykazywałem zdolności muzycznych… Jednak dzięki determinacji rodziny w końcu za 3 razem udało mi się pomyślnie zdać egzamin wstępny.

Czy można nauczyć jazzu na studiach? Wielcy jazzmani raczej szkół nie kończyli

Jazz należy przede wszystkim pokochać! Chodzić na koncerty, dużo słuchać, spisywać i analizować solówki oraz kopiować swoich idoli. Później na tym fundamencie można i należy już kształtować własny język muzyczny. Ale pasja jest najważniejsza i jeśli ona jest to studiowanie jazzu na uczelni na pewno nie zaszkodzi. Warsztat oraz wiedza teoretyczna są niezbędne każdemu artyście!

To nie do końca prawda, że wielcy jazzmani nie kończyli szkół. Część z nich, zwłaszcza ze starszego pokolenia, rzeczywiście nie studiowała jazzu, ale głównie dlatego, że nie było takich wydziałów. Dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna i prawie wszystkie gwiazdy młodego pokolenia są absolwentami uczelni wyższych.

Czy gra pan tylko jazz czy również muzykę klasyczna?

Z wykształcenia jestem skrzypkiem klasycznym. Skończyłem warszawski Uniwersytet Muzyczny im. Fryderyka Chopina. Muzykę poważną bardzo lubię i cenię, jednak teraz zawodowo zajmuje się już głównie graniem jazzu. W tym gatunku czuję się zdecydowanie swobodniej. Oczywiście zdarza mi się sporadycznie występować z programem klasycznym i bardzo chętnie gram w przeróżnych konfiguracjach (od duetów i kwartetów, po orkiestry). Poświęcam również dużo czasu na ćwiczenie klasyki. Staram się codzienne zaczynać od Bacha lub kaprysów Paganiniego czy Wieniawskiego. Jest to moim zdaniem wręcz niezbędne dla podtrzymania właściwiej formy skrzypcowej oraz higieny muzycznej. Niestety wielu skrzypków jazzowych to zaniedbuje, co skutkuje dość słabym dźwiękiem i mizerną barwą.

Warto też pamiętać, że dwa główne zespoły, w których się aktualnie udzielam – amerykański Turtle Island Quartet (nagroda Grammy w kategorii Crossover) i polski Atom String Quartet – są gdzieś na pograniczu jazz i klasyki. Piszemy przede wszystkim własne utwory, które z założenia mają być jazzowe, ale forma kwartetu smyczkowego wymusza nieco bardziej klasyczne podejście do muzyki. Stosujemy oczywiście specjalne techniki przybliżające nas do zespołu jazzowego, używamy innej wibracji oraz zostawiamy dużo przestrzeni na improwizację. Jednak w dalszym ciągu jesteśmy kwartetem smyczkowym. Zderzenie ze sobą tych dwóch światów było receptą na sukces.

Jakiej muzyki pan słucha?

Przez wiele lat mojej młodości słuchałem głównie Johna Coltrane’a. Byłem tym saksofonistą tak zafascynowany, że właściwie poza nim świata nie widziałem, a wszystkie oszczędności lokowałem w kolejne płyty tego artysty, które do znudzenia zdzierałem w moim odtwarzaczu. Z czasem oczywiście poznawałem innych genialnych muzyków: Wayne’a Shortera, Milesa Davisa, Keitha Jarretta, Chicka Corea, Herbiego Hancocka i wielu innych. Duży wpływ miał również na mnie polski jazz. Bardzo lubię nagrania Krzysztofa Komedy, Tomasza Stańko, Zbigniewa Namysłowskiego, Michała Urbaniaka, czy Zbigniewa Seifarta, na którym przez wiele lat się wzorowałem. Uwielbiam muzykę klasyczną, a w szczególności kompozycje Karola Szymanowskiego. To jego dzieła najchętniej grywałem podczas moich studiów.
Teraz staram się słuchać muzyki bardzo różnorodnej. Nie chcę się zamykać na jeden gatunek. Często sięgam do nagrań Rage Agaist The Machine, Michaela Jacksona, Jamiroquai, Jarle Bernhofta, Dirty Loops, Snarky Puppy, a nawet Kayah, Natalii Kukulskiej, czy Brodki.

Czy Ameryka wciąż wiedzie jazzowy prymat na świecie?

Ameryka z pewnością ma w dalszym ciągu bardzo dużo do powiedzenia na scenie jazzowej. Najnowszy kwartet Wayne’a Shortera jest tego najlepszym przykładem. Jest to zespół, który odkrywa jazz na nowo, wyznacza nowe trendy, a muzycy niemal z całego świata podążają ich drogą. Dzieje się tak jak w latach 50 z Milesem Davisem, czy w latach 60 z Johnem Coltranem. Oczywiście dzisiejszy amerykański jazz to nie tylko Shorter. Warto również pamiętać o nieco młodszych muzykach, z których na uwagę zasługują Ambrose Akinmusire, Robert Glasper, Roy Hargrove, Chris Potter i Kurt Rosenwinkel.

Czy w takim razie Ameryka wciąż wiedzie jazzowy prymat na świecie? Moim zdaniem proporcje zaczynają się powoli odwracać na korzyść Europy. Widać to zwłaszcza na największych festiwalach jazzowych, gdzie amerykańscy muzycy powoli przestają dzierżyć prym. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze, powszechnie znani i lubiani muzyczni spadkobiercy Milesa Davisa (czyli ci, którzy mieli okazję z nim współpracować), stali się nieco wyeksploatowani przez ostatnie lata. Po drugie publiczność powoli odwraca się od najnowszego nowojorskiego jazzu, bo bywa zbyt skomplikowany nawet dla wtajemniczonych. Trudno doszukać się w nim melodii, a warstwa rytmiczna często jest przeintelektualizowana i bardziej przypomina wzory matematyczne niż muzykę. Oczywiście często muzyka ta jest na najwyższym światowym poziomie, jednak jest w stanie to docenić jedynie wąskie grono melomanów.

Głodna nowości publiczność zaczyna poszukiwać innych artystów. Prawdziwy renesans przeżywają europejscy jazzmani, głównie ci grający trochę lżejszy jazz lub muzykę improwizowaną inspirowaną lokalnym folklorem.

Jak ocenia pan polska scenę jazzowa?

To w dużej mierze za sprawą polskich muzyków europejski jazz przeżywa dzisiaj swoje odrodzenie, o którym mówiłem wcześniej. Polacy występują coraz częściej poza granicami kraju. Współpracują, koncertują i nagrywają z najlepszymi artystami z całego świata. Takiego urodzaju zdolnych i młodych muzyków moim zdaniem nie było od lat 60-tych.

Marcin Wasilewski, Leszek Możdżer, Adam Bałdych, Aga Zarayan, RGG i Piotr Orzechowski to przykłady osób, które nie tylko świetnie grają, ale również odnoszą komercyjny sukces. Mamy jednak w Polsce jeszcze kilkudziesięciu innych, i to w cale nie gorszych muzyków, o których tak często się nie mówi. Oni też nagrywają swoje płyty i żyją głównie z grania. To by było nie do pomyślenia w Stanach Zjednoczonych, gdzie spotykałem wielokrotnie naprawdę wspaniałych muzyków, którzy ze względu na sytuację życiową musieli profesjonalnie zająć się zupełnie czymś innym.

Przy okazji warto też wspomnieć o niewiarygodnej liczbie festiwali jazzowych w Polsce. Aktualnie niemal każde większe miasto ma swój festiwal. Jest gdzie i dla kogo grać. Takie wydarzenia jak Solidarity of Arts, Enter Festival czy Bielska Zadymka Jazzowa przyciągają nawet kilkudziesięciotysięczną publikę!

Pana jazowi idole, w Polsce i na świecie

Polscy idole to Tomasz Stańsko, Zbigniew Namysłowski, Michał Urbaniak, Leszek Możdżer, Marcin Wasilewski i mój niedościgniony wzór – Zbigniew Seifert. Mam to ogromne szczęście, że z większością z nich miałem już okazję występować. Z zagranicznych nazwisk to oczywiście John Coltrane, Wayne Shorter, Keith Jarratt, Chick Corea, Brad Mehldau, John Scofield i wielu innych.

Czasem można usłyszeć  opinie, ze jazz się skończył, że już nic nowego zagrać się nie da. Jak pan na to odpowiada?

Pytanie o koniec muzyki zadają sobie chyba wszyscy od samego początku jej istnienia. Czasami trudno sobie wyobrazić, że może być coś więcej poza to co mamy, tak jak np. kiedyś niektórym trudno było sobie wyobrazić, że istnieje coś poza ziemią. Jednak należy wychodzić poza te ramy i poszukiwać. Oczywiście najlepiej poprzez ewolucję, a nie eksperymenty i odrzucanie wszystkiego co już zostało wcześniej powiedziane. A to, że we współczesnym jazzie się da się pójść jeszcze o krok dalej udowodnił niedawno Wayne Shorter ze swoim kwartetem.

Proszę powiedzieć kilka słów o zespole, w którym pan aktualnie występuje. Jak zaczęła się wasza współpraca, jak się poznaliście?

Aktualnie czynnie działam w czterech zespołach, ale w nowojorskim Lincoln Center wystąpię z amerykańskim Turtle Island Quartet. Jest to zespół istniejący od 30 lat. Przez ten czas TIQ dał niezliczoną ilość koncertów na całym świecie, nagrał kilkanaście płyt oraz zdobył dwie nagrody Grammy. Jest to pierwszy na świecie kwartet smyczkowy grający jazz, w którym wszyscy muzycy potrafią improwizować.

Do TIQ dołączyłem ponad 3 lata temu. Zostałem polecony przez świetnego skrzypka i mojego przyjaciela Zacha Brocka. Członkowie kwartetu sprawdzili mnie dokładnie na serwisie YouTube, a następnie zaprosili na przesłuchania do Nowego Jorku. Dostałem kilkadziesiąt stron tekstu do nauczenia. Repertuar był ciężki, ale się udało. Dostałem propozycję nie do odrzucenia, którą… początkowo odrzuciłem z powodu natłoku zajęć i innych zobowiązań zawodowych. Po miesiącu rozważań postanowiłem spróbować swoich sił i zgodziłem się na współpracę. Od tego czasu żyję na dwóch kontynentach równocześnie i staram się godzić pracę w Europie oraz w Ameryce. Latam nad Atlantykiem nawet co tydzień, kilkadziesiąt razy w roku… Mieszkam na walizkach w hotelach, samolotach i samochodach.

Przez te trzy lata wystąpiłem razem z TIQ ponad sto razy na najważniejszych scenach niemal w całych Stanach Zjednoczonych. Nagraliśmy wspólnie płytę “Confetti Man”, która została uznana przez National Federation of Music Clubs za najlepsze amerykańskie kameralne nagranie roku. Teraz gorąco liczymy na nominację w do Grammy!

W Polsce skupiam się głównie na pracy w zespołach Atom String Quartet, New Trio oraz w moim kwintecie. W planach mam również parę innych projektów, które ujrzą światło dzienne już w przyszłym roku.

Atom String Quartet istnieje od pięciu lat, a inspiracją do jego założenia był właśnie Turtle Island Quartet. Kilka dni temu miała premierę nasza trzecia autorska płyta – AtomSPHERE. Dwa poprzednie albumy zostały nagrodzone Fryderykami w kategorii fonograficzny debiut roku i płyta roku. Kwartet bardzo dużo współpracuje z innymi artystami. Mieliśmy okazję występować m.in. z Bobbym McFerrinem, Urszulą Dudziak, Grażyną Auguścik, Natalią Kukulską, Kayah, Vladislavem Sendeckim, Leszkiem Możdżerem, Januszem Olejniczakiem, Sebastianem “Karpielem” Bułecką, Adamem Sztabą i wieloma innymi.

Pozostałe dwa zespoły – New Trio oraz Mateusz Smoczyński Quintet – są moją odskocznią od kwartetów smyczkowych. Są to typowe comba jazzowe, które współtworzę m.in. z moim bratem Janem Smoczyńskim. Na przyszły rok planujemy nagranie kolejnych płyt.

Co zagracie w Nowym Jorku?

W Nowym Jorku wystąpimy właśnie z Turtle Island Quartet wspólnie z uznawanym za jednego z najlepszych amerykańskich pianistów jazzowych – Cyrusem Chestnut. Tytuł naszego koncertu to “Jelly, rags and Monk” i właśnie utwory Jelly Roll Mortona i Theleniousa Monka będą głównie dominować. Ale nie zabraknie oczywiście kompozycji chyba najbardziej rozpoznawalnego ragtime’owego pianisty – Scota Joplina. Dodatkowo pozwolimy sobie również na wykonanie kilku największych “żółwiowych” hitów!

Możliwość wystąpienia w tak prestiżowym miejscu jak nowojorski Lincoln Center jest dla mnie ogromnym zaszczytem i spełnieniem marzeń. Wiem, że bilety na pierwszy show są już wyprzedane! Mam nadzieję, że publiczność będzie w pełni usatysfakcjonowana naszym koncertem. Serdecznie zapraszam!

Koncert w Wielkim Jabłku to część większego tournée. Gdzie jeszcze będzie można was usłyszeć?

Turtle Island Quartet jest w trasie praktycznie ciągle od września do grudnia i od stycznia do maja. Jednak faktycznie nie zawsze się zdarza, że gramy aż tyle koncertów dzień po dniu. Najbliższe koncerty odbędą się w Fort Collins, CO, Fayetteville, NC, Charlotte, NC, Fairfax, VA, Stockton, CA, Springfield, MO, Oklahoma City, OK oraz oczywiście New York. Po dokładne daty zapraszam na moją stronę internetową.

Dodaj komentarz

X